Całe życie, Robert Seethaler

… kładł się na ple­cach i spo­glą­dał w roz­gwież­dżo­ne nie­bo. Potem myślał o swo­jej przy­szło­ści, któ­ra roz­po­ście­ra­ła się przed nim tak nie­skoń­cze­nie roz­le­gła, bo wła­śnie nicze­go po niej nie ocze­ki­wał…” Jak nie­sa­mo­wi­cie obce jest nam takie uczu­cie — nie ocze­ki­wać nicze­go, cze­kać co przy­nie­sie życie, nie spie­rać się z nim, nie mieć wyrzu­tów, nie zmie­niać na siłę. Prze­łą­czyć się na taki tryb odczu­wa­nia, posia­da­nia nie­wie­le i umie­jęt­no­ści doce­nia­nia ile war­te są pro­ste rze­czy. Pro­ste życie.

Pomi­mo tego, że zna­ne są mi aspek­ty pro­ste­go życia, eli­mi­no­wa­nia z nie­go cha­osu i szu­mu po to żeby powsta­wa­ło miej­sce na uczu­cia, roz­mo­wy, wspo­mnie­nia, marze­nia to ta książ­ka tra­fi­ła w moje ręce we wła­ści­wym cza­sie. Wła­śnie cza­su ocze­ki­wań i pla­nów. Zapis wszel­kich odcie­ni smut­ku, melan­cho­lii, samot­no­ści i bie­dy przez któ­ry pro­wa­dzi czy­tel­ni­ka autor potra­fi się wwier­cać w myśli i pozo­sta­wać tam jesz­cze dłu­go po prze­wró­ce­niu kolej­nej stro­ny. To książ­ka jed­no­cze­śnie bar­dzo trud­na i uczą­ca poko­ry wobec życia, natu­ry i dru­gie­go czło­wie­ka co przy­no­szą­ca ulgę w momen­cie kie­dy czło­wiek odło­ży ją zamknię­tą obok fili­żan­ki her­ba­ty, zamknie oczy i poczu­je jak wie­le posia­da.
“Całe życie” to bar­dzo reali­stycz­ny, suro­wy i mini­ma­li­stycz­ny obraz egzy­sten­cji jed­ne­go boha­te­ra — Andre­asa Egge­ra, jego doświad­czeń, któ­re kształ­tu­ją go jako czło­wie­ka. To chwi­la­mi bru­tal­ny ste­no­gram tęsk­no­ty, miło­ści pro­stej i nie­wy­szu­ka­nej, cięż­kiej pra­cy, woj­ny, gory­czy stra­ty i mie­rze­nia się z kru­cho­ścią życia. Nie­ba­ga­tel­ną rolę odgry­wa w całym obra­zie natu­ra i jej potę­ga wobec któ­rej schy­la gło­wę każ­dy. Mała alpej­ska wio­ska z począt­ku XX wie­ku jest jak żaglów­ka na oce­anie ponie­wie­ra­na i nie­oszczę­dza­na — tu bestią jest suro­wość gór i sro­gie zimy pod­czas któ­rych lawi­ny nisz­czą wszyst­ko napo­tka­ne na swo­jej dro­dze. A jed­nak ludzie uko­cha­li sobie to miej­sce do życia, pod­no­szą się i odży­wa­ją jak drob­ne list­ki razem z przyj­ściem każ­dej wio­sny. Życie tu daje im poczu­cie przy­na­leż­no­ści do miej­sca, współ­two­rze­nia wspól­no­ty i pew­nej her­me­tycz­no­ści, któ­ra daje bez­pie­czeń­stwo. To życie w cał­ko­wi­tej zgo­dzie z żywio­ła­mi i zie­mią daje im też świa­do­mość pew­ne­go porząd­ku i har­mo­nii. Egger nie kłó­ci się z życiem, jest mu wręcz ule­gły i mimo tego bra­ku bun­tu zysku­je zgo­dę i akcep­ta­cję wobec życia wła­śnie, do któ­rej współ­cze­śnie dąży­my nie­raz cał­ko­wi­cie bez­sku­tecz­nie nie doce­nia­jąc chwil, któ­re spra­wia­ją, że dzię­ki nim wła­śnie jest pięk­ne.

Od czło­wie­ka moż­na kupić godzi­ny, moż­na mu ukraść dni albo zra­bo­wać całe życie. Ale nikt nie może ode­brać czło­wie­ko­wi choć­by jed­nej chwi­li.”

Dzię­ku­ję Wydaw­nic­twu Otwar­te.